tożsamość incognito i pod przykryciem
Większość z nas, surfując tu i tam chętnie surfuje “pod przykryciem”, jak to ostatnio przetłumaczyła “undercover” gazeta.pl (a może PAP?). Wolelibyśmy nie ujawniać swoich tzw. danych osobowych, kiedy nie jest to konieczne. Już nawet Google’a zbieranie statystycznych danych jest oprotestowywane. Od początku swej popularności internet dawał, złudne zresztą, poczucie nierozpoznawalności. Przez strony WWW przewijały się, jak przez dworce kolejowe, masy czytelników. Pojawiła się jednak, wraz z falą tzw. Web 2.0, zmiana. Od blogów, przez fora po porównywarki cenowe, niemal wszędzie można dopisać coś od siebie. To oczywiście dobra zmiana, uwalniająca komunikację między ludźmi na niespotykaną dotąd skalę. Dawno już cieszyli się z tej zmiany np. autorzy manifestu cluetrain. Razem z tą skalą uwalniane są jednak rozmaite komunikacyjne potwory. Mnie zajął szczególnie jeden — anonimowość.
Zbiegło się ostatnio parę spraw, które mają ją za wspólną genezę. Czytając o aferze Kataryna-Czuma, o masowo fałszowanych opiniach, drobnych fałszerstwach, wreszcie nie czytając portali typu dupelek.pl, czy plutek.pl, cały czas mam wrażenie, że ta anonimowość niedobra jest. Gdy sam piszę tutaj, to każdy wykazując odrobinę zaangażowania jest w stanie sprawdzić, ktom zacz. Kiedy znowu postanowię wylać kubeł pomyj na ministra, żonę piłkarza czy nowy odtwarzacz mp3, to mogę użyć dowolnie wybranego nicka i nikt bez zgody sądu i/lub administratora nie pozna mojej tożsamości. A opinia w świat pójdzie. Gdyby była to moja prywatna opinia, pół biedy. Problem zaczyna się wówczas, gdy ktoś sypnie jakimś honorarium po 10 gr za autorski wpis. Autorsko zarabiając na życie, masy pracujące tworzą dowolnie fałszywy, zamówiony przez pracodawcę obraz dowolnego zjawiska. Konsekwencje są wiadome, fantastyczna zdolność Sieci do wyławiania potrzebnych informacji gnije i śmierdzi zdechłą rybą. Ponieważ jestem lekkomyślnym zwolennikiem przechodzenia do demokracji elektronicznej, trochę mnie ta słabość wirtualnego świata niepokoi.
Zastanawiam się, co można z tym zrobić. Wiadomo — administracyjnie nie da się nagle zabronić publikacji anonimowych treści, zresztą nie o to chodzi. Zależałoby mi na tym, żeby autor dowolnego wpisu mógł ujawnić swoją tożsamość. Takie posty, wpisy, komentarze byłyby wielokrotnie bardziej wiarygodne. Sfera anonimowa pozostałaby miejscem dla amatorów pomyj i wytrzymałych. Pierwsza rzecz, to ogólny standard typu OpenID, Windows LiveID czyli jakby paszport dostępny na każdej stronie w necie. Są też inne projekty, jak Liberty Alliance Project. Na szczęście nieźle to działa we wszelkich portalach społecznościowych wymuszających jawność osoby, jak nasz Goldenline czy Allegro. Mam tylko nadzieję, że biznesplany właścicieli innych opiniotwórczych stron uwzględnią “potrzebę konsumenta” i wypromują obywatelską bądź co bądź, postawę polegającą na podpisywaniu się własnym imieniem i nazwiskiem.
Czego wszystkim życzę,
Piotr Tomaszewski
